Wydarzenia zielonogórskie

Wydarzenia zielonogórskie 30 maja 1960 r., to tak naprawdę jednodniowe starcia mieszkańców z milicją oraz oddziałami ZOMO sprowadzonymi z kilku miast, w tym także z najbardziej „doświadczonymi” przedstawicielami obrońców porządku z Poznania. Powodem starć miała być obrona domu katolickiego, choć ta pierwotna przyczyna chyba przestała mieć decydujące znaczenie wraz z zaostrzaniem się konfliktu, który przerodził się w jeden z największych buntów przeciwko władzy komunistycznej pomiędzy czerwcem 1956 r, a grudniem 1970 r. Ograniczenie tej lokalnej tragedii do dwóch czy trzech zdań zdań byłoby jednak sporym uproszczeniem, bo dużo ciekawsze są okoliczności, które do tej sytuacji doprowadziły, niespecjalnie wyjaśnione zachowania instytucjonalnych stron konfliktu, nagłe i niezwykle skuteczne wyciszenie sprawy oraz dość jednowymiarowy powrót do tematu po 1990 roku.

Główną postacią jest tutaj ks. Kazimierz Michalski, który przybył do Zielonej Góry w sierpniu 1945 roku, a już jako proboszcz parafii pw. św. Jadwigi, zgodnie z ówczesnym prawem, wystąpił o przekazanie parafii rzymsko-katolickiej opieki nad majątkiem przedwojennych parafii protestanckich i zajął się organizacją życia nowo przybyłych, zagubionych wtedy zielonogórzan. Takie były czasy, że często warunkiem osiedlenia się ludzi, przybyłych szczególnie ze wschodnich terenów, była obecność na miejscu księdza katolickiego. A ponieważ ks. Michalski był sprawnym organizatorem, więc życie, nie tylko parafialne, skupiało się w tzw. domu katolickim, czyli bardzo reprezentacyjnym budynku, który powstał na początku XX wieku na potrzeby parafii protestanckiej. Oprócz sal umożliwiających prowadzenie różnorakich działalności była także aula pozwalająca na wystawianie spektakli teatralnych, organizowanie koncertów i innych imprez kulturalnych. Problem w tym, że ks. Michalski nijak nie chciał podporządkować się decyzjom władz politycznych miasta i nie zamierzał się tym władzom „spowiadać” ze swoich działań.

Po śmierci Józefa Stalina władza centralna nasiliła represje wobec Kościoła Katolickiego. Aresztowano prymasa Stefana Wyszyńskiego, a księżom dano do podpisania deklarację działania zgodnie z interesem państwa socjalistycznego. W wyniku odmowy podpisania tej lojalki ks. Michalski został wydalony z miasta, a na jego miejsce wstawiono księdza bardziej przyjaznego komunistom. Jednak po wydarzeniach czerwcowych 1956 roku do władzy wrócił Władysław Gomułka, a KK był chwilowo potrzebny do przywrócenia porządku. Na fali zmian biskup zwrócił się o zgodę na powrót proboszcza do miasta, na co władza przystała. Kiedy jednak władza centralna poczuła się pewniej, sytuacja zaczęła wracać na dawne tory. Ks. Michalski znów nie chciał podporządkować się decyzjom władz miejskich, nauka religii była zakazywana w szkołach i w przypadku Zielonej Góry przenoszona była do domu katolickiego. Powołując się na regulacje prawne podejmowano decyzje o eksmisji parafii katolickich z wybranych budynków, do których te parafie jakoby utraciły prawo. Oczywiście w Zielonej Górze władze zamierzały przejąć dom katolicki, jako reprezentacyjny budynek w centrum miasta, który kłuł w oczy komunistyczne władze.

Termin eksmisji parafii pierwotnie wyznaczono na 28 maja 1960 roku, ale przeniesiono go na poniedziałek 30 maja, jednak wtedy także całość opóźniła się ze względu na oczekiwanie na zakończenie lekcji religii i wyprowadzenie dzieci z budynku. Początkowo  milicjanci nie zostali wpuszczeni do środka przez kobiety działające przy parafii. Po decyzji o usunięciu kobiet siłą zaczął się rozwijać konflikt. Na początku była szarpanina, do której przyłączali się mieszkańcy miasta i pasażerowie autobusów PKS, ponieważ dworzec PKS znajdował się obok budynków parafialnych (dziś na miejscu dworca PKS stoi Galeria Meteor). Do akcji wkracza miejscowe ZOMO, ale zwiększająca się liczba osób powoduje rozwój starć. Przybyły na miejsce ks. Michalski (wezwany był do prokuratury w związku z dziwnym zgłoszeniem przez jakąś kobietę odmowy udzielenia jej posług kościelnych) zastaje stan niemożliwy już w zasadzie do opanowania. Jacyś ludzie bez jego zgody zaczęli bić w dzwony, co spowodowało przybycie kolejnych mieszkańców. Sam ks. Michalski właściwie przestaje się liczyć w tym całym konflikcie, tłum go nie słucha. Wezwany zostaje oddział ZOMO z Gorzowa Wlkp., ale funkcjonariusze nie dają rady zapanować nad ludźmi (podsycanymi jednocześnie przez tajniaków) i zostają zepchnięci do komendy miejskiej MO (dziś w tym miejscu mieści się plebania parafii Matko Bożej Częstochowskiej). Spalona zostaje milicyjna ciężarówka. Wracający z pracy kolejni mieszkańcy przyłączają się do akcji, wskutek czego władze wzywają oddział ZOMO z Poznania, który po przybyciu ostatecznie rozprawia się z tłumem, po czym rozpoczynają się poszukiwania i aresztowania uczestników. Skazanych na wieloletnie więzienie zostaje dużo ludzi (prawie 200 osób), a ich rodziny zostają nierzadko zmuszone do opuszczenia miasta. Właściwie nikt za tymi ludźmi się nie wstawia. W walkach udział wzięło ok. 5 tys. osób!

Obwiniony o spowodowanie zajść, poprzez działanie niezgodne z decyzjami władz i wzywanie do buntu, zostaje ks. Michalski. Początkowo wstawia się za nim bp Wilhelm Pluta, ale po zagrożeniu powołaniem księży do służby wojskowej biskup zgadza się na usunięcie proboszcza. Ks. Michalski praktycznie zostaje sam i w grudniu 1960 r. już na zawsze opuszcza miasto. Jego następcą zostaje ks. Władysław Nowicki pełniący funkcję proboszcza parafii św. Jadwigi aż do 1992 roku. I tak naprawdę wówczas zaczynają się rzeczy kompletnie dla mnie niewytłumaczalne.

Nie da się ukryć, władza lokalna dążyła do jakiegoś starcia, o które nie będzie można jej oskarżyć. Udział prowokatorów podsycających negatywne nastroje społeczne dobitnie tego dowodzi. Choć skala zajść przekroczyła zapewne dopuszczalne wartości, to władze miejskie osiągnęły  jednak swoje swoje cele – przejęły dom katolicki (swoją siedzibę od 1960 roku ma tam Filharmonia Zielonogórska) i pozbyły się z miasta niewygodnego ks. Michalskiego – potencjalnego buntownika mającego ogromny wpływ na zwykłych obywateli. Pod groźbą kar wyciszono sprawę, ale trzeba sobie powiedzieć jasno, że nie udałoby się zmusić do zapomnienia, gdyby nie było swego rodzaju milczącego przyzwolenia lokalnego kościoła. Byłem ministrantem w parafiach św. Jadwigi i Matki Boskiej Częstochowskiej przez ok. 15 lat i nikt nigdy nawet słowem nie zająknął się na temat domu katolickiego ani przed, ani po 1989 roku. Zapomniano o ludziach, którzy po wyjściu z więzień żyli z piętnem chuliganów, zapomniano o ich rodzinach. Okazało się jednak, że kościół nie zapomniał o swojej stracie, bo po 1990 roku zażądano zwrotu domu katolickiego, co oczywiście wówczas było niemożliwe. Jako rekompensatę diecezja otrzymała więc dawny hotel w Parku Piastowskim, gdzie aktualnie mieszkają biskupi diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, natomiast parafia Matki Boskiej Częstochowskiej jako plebanię otrzymała dawną komendą Milicji Obywatelskiej przy ul. Kasprowicza. Nawiasem mówiąc w połowie 2021 roku przemalowano plebanię na dziwaczny niebieski kolor, który nijak nie pasuje do całości, chyba na pamiątkę milicyjnej przeszłości, bo inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć.

Upamiętnienie wydarzeń 30 maja 2016 r. oraz ks. Kazimierza Michalskiego

Do Zielonej Góry sprowadzono prochy ks. Michalskiego, które w marcu 2010 r. spoczęły przy konkatedrze św. Jadwigi. W 2011 r. dawny proboszcz został patronem nowej ulicy przebiegającej obok siedziby biskupów, a w 2020 r. odsłonięto jego pomnik obok konkatedry.

Żeby było ciekawiej, trochę na siłę znaleziono kawałek terenu, obok Centrum Handlowego Meteor, który nazwano ul. 30 maja 1960 r. i uczczono zieloną tabliczką ufundowaną  przez rzemiosło i kupców. Jako oficjalny pomnik na rogu budynku Filharmonii Zielonogórskiej (dawny dom katolicki) umieszczono niezauważaną przez mieszkańców tablicę z tekstem, którego przeczytanie sprawia trochę problemów. I tak naprawdę okazuje się, że jedynym bohaterem pozostał ks. Kazimierz Michalski, a cała masa uczestników protestu, buntu, zajść i bijatyk z oddziałami MO i ZOMO pozostała nieznana. Tyle, że zdjęto z nich miano chuliganów i przestępców. Bardzo mało jest książek dotyczących tego tematu i jakoś dziwnie brakuje zaangażowania oficjalnych władz. W zasadzie jedynym autorem jest dr Tadeusz Dzwonkowski, ale jego praca została wydana przez Civitas Christiana (2010, 2017, 2018), a jedyną chyba telewizją jaka zainteresowała się (chwilowo) tematem była TV Trwam. Dziwne jest to, że instytucja, która niejako przejęła pamięć o wydarzeniach, przez ponad 30 lat jakoś nie kwapiła się do ich upamiętnienia, ale wiedziała, kiedy sobie o nich przypomnieć…

Wizualizacja samych wydarzeń dostępna jest na YouTube, a nagranie zostało zlecone przez Gazetę Lubuską. Polecam obejrzenie, bo produkcja jest bardzo dobrze wykonana. Należy jednak pamiętać, że ten ok. godzinny film skupia się na samym dniu 30 maja 1960 r. Dla mnie natomiast dużo ciekawsze są kwestie, które do tych wydarzeń doprowadziły oraz zachowanie głównych instytucji przez kolejne lata.

W 2020 roku powstał także bardzo ciekawy mural na budynku należącym do parafii św. Jadwigi. Nie zwiększyło to jednak zainteresowania tematem przez szersze grono. W zasadzie wszystko zostało sprowadzone do samej obrony domu katolickiego, która była przecież tylko czynnikiem zapalnym, ale nie miała wpływu na przebieg walk w centrum miasta (najlepszym dowodem na to jest kompletny brak kontroli nad tłumem przez ks. Michalskiego). Taka interpretacja przede wszystkim pięknie zaciera ślady późniejszych poczynań. I trochę to wygląda tak jak i cały okres komuny w Polsce, że w konflikcie partii i kościoła obie strony w zasadzie wygrały, a ucierpieli ludzie będący niestety po raz kolejny pożytecznymi idiotami, o których zainteresowanie obie strony walczyły. Gdyby miał podsumować to co stało się 30 maja 1960 r., to dla mnie był to sprowokowany przez władzę protest w celu usunięcia ks. Michalskiego, który wymknął się wszystkim spod kontroli i przerodził w prawdziwy bunt mieszkańców przeciwko władzy ludowej.

Jeśli chodzi ks. Kazimierza Michalskiego, to niewątpliwie jest on wart pamięci, ponieważ w latach powojennych był bardzo ważnym czynnikiem spajającym nową społeczność, czyli ludzi zagubionych, wywiezionych w zupełnie nieznane sobie tereny, które przecież jest kilka miesięcy wcześniej należały do znienawidzonych Niemców. Proboszcz był świetnym organizatorem, wykorzystywał brak ograniczeń prawnych, bardzo często ich zwyczajnie nie zauważając. Ale jednocześnie w obronie kościoła lekceważył partię komunistyczną, której – jako przedwojenny kapłan – nijak nie mógł zaakceptować. Zwyczajni ludzie żyjący w tamtym okresie bardzo dobrze go wspominają, ale jednocześnie nie ma w nich pytania o to, co się z ich ulubionym kapłanem stało. I tego dziwnego połączenia pamięci oraz jej braku zrozumieć nie potrafię.